wróć do listy opinii/recenzji


Opinia/Recenzja użytkownika o nicku Master


„Nie ucieknę więcej... nie cofnę moich słów... to moja droga ninja!” - Uzumaki Naruto | Hyūga Hinata


Z góry chciałbym przeprosić za wszystkie błędy, jakie napotkacie. Przeczytałem całość kilka razy, ale tak jak Naruto, tak i ja nie jestem doskonały. Polecam odpalić sobie jakieś dobre OST-y do tej lektury. Ja od siebie proponowałbym na początek jakieś dobre openingi, które Wam zapadły w pamięć, a całość zwieńczyłbym którymś z tych OSTów - „Grief and Sorrow” bądź „Man of the world” lub „Sadness and Sorrow”, wasz wybór. Ja tylko powiem, że wszystkie są przepiękne i każdy je zapewne zna! Jeżeli dla kogoś całość jest za długa, polecam zrolować do ostatniego akapitu, aczkolwiek mam nadzieję, że chociaż część wytrwa i podzieli się ze mną własnymi spostrzeżeniami bądź dorzuci coś, o czym sam zapomniałem napisać. Tak więc zaczynajmy! ;)




„Zbyt wiele bliskich mi osób zginęło. Ich ból jest tym, co pozwoliło mi dorosnąć i stać się silniejszym. Nawet najbardziej nieświadome i niewinne dziecko w końcu dorośnie, ponieważ nauczy się, czym jest prawdziwe cierpienie. Ale ja, żyjąc w centrum nieskończonego wszechświata bólu, ze zwykłej osoby dorosłem do... Boga!” - Pain | Uzumaki Nagato


Przysiadając do tego małego wypracowania, opisu czy jakkolwiek inaczej to nazwać myślałem o wielu rzeczach, które chciałbym tutaj zawrzeć, przytoczyć, ogólnie ujmując - podzielić się swoimi wrażeniami z innymi. Doszedłem jednak do wniosku, że nie da się wymienić wszystkiego z okresu 15 lat. Jedno jednak mogę powiedzieć. Koniec tej serii zostawi wyrwę w moim sercu, której żadne inne anime nie wypełni. Mam 22 lat, samo anime trwa grubo ponad dekadę, a mimo to wciąż jest na topie. Nieliczni mogą się pochwalić tym samym, ale tylko ta seria ma to coś, czego nie posiada żadna inna, jednakże nie jestem w stanie powiedzieć, co to jest, bo podobno uczuć nie da się przelać na papier, a przynajmniej wydaje się to trudne. Wielu postrzega to anime jako słabe, dla innych to anime wszech czasów, dla mnie to po prostu kawałek mnie, kawałek mojego życia. Nie oglądałem tej serii nieprzerwanie od 15 lat, ale 5 lat wstecz jest w moim zasięgu, a na dodatek było mi dane oglądać tę serię za młodu na Jetixie i jeśli ktoś by mnie zapytał, czy chciałbym cofnąć te 720 odcinków - 16560 minut, odpowiem krótko - „Taką Obrałem Drogę”, więc pozwólcie mi zobaczyć tego małego, krzykliwego, a zarazem honorowego i wzorowego Shinobi raz jeszcze w swojej niemiłosiernie trudnej podróży przez ten spaczony świat. Po tych wszystkich latach zrozumiałem również, dlaczego nasze babcie tak kochały te swoje „telenowele”. Jeżeli te seriale tak na nie działały, jak na mnie działa Naruto, to nie mam więcej pytań. Wiele razy sprzeczałem się ze znajomymi czy miłośnikami anime o to, że Naruto nie jest w stanie mnie ani nikogo innego czegokolwiek nauczyć, bo jest to po prostu bajka, której nie można brać na serio. Tak jak wiele wartości wypływa z filmów, tak ja uważam, iż Naruto swoim prostym, a zarazem szczerym zachowaniem pokazuje widzom, co trzeba cenić, o co trzeba walczyć i przede wszystkim, jak to robić, bo nie da się nauczyć z miejsca niepoddawania się, kiedy życie wali ci pod nogi coraz to większy kłody. Jednak to nie o tym chciałem pisać, choć i to w moim mniemaniu jest bardzo ważne. Przechodząc już jednak do sedna. Co z fabułą? Fabuła Naruto jest osadzona w świecie ninja, gdzie pokój to definicja niezbadana przez nikogo, a do przyszłych walk są przygotowywane dzieci już od swoich młodzieńczych lat. Sam początek serii daje nam zarys głównych postaci, ich charakterów, umiejętności czy inteligencji. Już na starcie dowiadujemy się, czym jest chakra, dzięki której można tworzyć techniki ninja czy po prostu, jak wygląda świat przedstawiony. Twórcy skupiają się na trójce młodych Geninów, Naruto, Sakura oraz Sasuke, którym przewodzi ich nauczyciel, Kakashi. Swoje pierwsze zdolności Naruto może pokazać przy walce z Zabuzą, co tak naprawdę wprowadza naszego bohatera w brutalny świat prawdy o Shinobi i wojnach. Tutaj też dowiadujemy się o malutkim przyjacielu, który został zapieczętowany w Naruto, Kyūbim. Niestety, nie jest on przyjacielsko nastawiony. Poniekąd jego charakter można utożsamić z charakterem Sasuke, drugim protagonistą serii. Dalsza część wydarzeń to już początek tego, co ciągnie się aż do końca. Egzamin na Chūnina był pierwszym etapem przewrotu Sasuke, który został skrzywdzony na psychice przez własnego brata. Żyjący w samotności, pałający nienawiścią do świata i żądzą zemsty. Jedynie, czego pragnął, to większej mocy, bo uważał, że tylko dzięki niej jest w stanie coś zdziałać w swoim misternym planie, a przy tym nie mógł być gorszy od swojego największego rywala. Czara goryczy przelewa się, kiedy to Naruto po raz kolejny uratował swoich przyjaciół, jak i samą wioskę. Tym razem pokonuje wroga, którego siła była nie do opisania dla Sasuke, Gaarę. Multum wspaniałych technik i żelazna wola walki oraz chęć ochrony tego, co jest najważniejsze dla Naruto, spowodowały porażkę Gaary, lecz przygotowaniem do walki musiał się zająć nie kto inny jak Jiraiya. Ten nasz kochany, zboczony pustelnik. Kiedy oglądałem za młodu te sceny, pamiętam, że moja mam mi mówiła, iż nie mogę robić tego, co robi ten pan. Szkoda, że teraz się do tego nie stosuję... Nieważne, nie o tym miałem pisać. Pozwolę sobie w tym momencie tylko zaznaczyć, że właśnie na etapie walki z Gaarą zakończyłem swoją przygodę z Naruto na Jetixie. Pamiętam, jakby to było wczoraj! Prawdopodobnie przestali nadawać bądź nie mieli tłumaczenia reszty odcinków? Nie jestem pewien, nie pamiętam. Idąc jednak dalej. Jakiekolwiek więzi, które udało się zbudować między trójką głównych postaci, przepadają w momencie, kiedy Naruto pokonuje Gaarę. Sasuke ma świadomość, iż jest po prostu słabszy, co potęguje jego chęć opuszczenia wioski, bo uważa, że tylko tak może zdobyć siłę, jakiej pragnie. Po całym tym zdarzeniu młody i gniewny opuszcza wioskę, co nakłania Naruto do wyruszenia za nim i zmuszenia go do powrotu. Wtedy też poznajemy oblicze Sakury, którą mało kto lubi, ale swoją rzeszę fanów zapewne ma, dlatego trzeba o niej wspomnieć. Próżność, brak umiejętności, zrzucanie obowiązku na innych, kierowanie się tylko i wyłącznie miłością do Sasuke, który i tak miał ją w głębokim poważaniu. Ile razy została olana przez niego? „Ach, szkoda, kurczę, gadać, szkoda strzępić ryja”. Ja osobiście bardzo nie lubię tej postaci, jednak toleruję ją (albo na odwrót), i uważam, że jeśli ta pani się zmieniła, to zrobiła to o wiele za późno, gdyż było to na końcu całej tej historii, dlatego wszystkie te przymiotniki, jakimi można definiować Sakurę, w mojej opinii powtarzają się nieprzerwanie od początku serii, aż do samego jej końca, ale z małymi wyjątkami, ażeby nie powiedzieć, iż Sakura jest zbędna temu anime, bo jakiś wkład oczywiście w rozwój tego uniwersum ma. Tutaj raczej trudno mi napisać coś pozytywnego, bo najzwyczajniej w świecie ta postać nie podeszła mi, także wszystkim fanom Sakury zostawiam drogę wolną, jeżeli chodzi o jej szczegółowy opis. Wydaje mi się, iż tak naprawdę Sasuke nigdy nic do niej nie poczuł, choć jej mogło się wydawać, że jest inaczej. Poniekąd ostatnie sceny między Sasuke a Sakurą wydają mi się wymuszone, ale może to już moja nadinterpretacja. Jak dla mnie Sasuke zawsze kierował się chęcią odbudowy klanu, a kto miał mu w tym pomóc, w moim mniemaniu schodziło na drugi plan. Najbardziej irytująca postać? Odpowiedzcie sobie na to pytanie sami. Ja jej nie trawię, i to bardzo. Oczywiście w pierwszej serii mamy sporo akcentów humorystycznych, więc na nadmiar walk narzekać nie będziemy, no i zaraz po zakończeniu materiału źródłowego pojawia się masa fillerów, dzięki którym możemy przyjrzeć się bliżej całemu uniwersum i lepiej poznać poszczególne postacie, gdyż każdy dostał tam swoje pięć minut, ale to wciąż według mnie za mało. Pierwsza seria kończy się przykrym akcentem, czyli porażką Naruto z Sasuke. Walka, na którą czekaliśmy od początku sezonu, przy której nie mieliśmy świadomości, że w przyszłości może pojawić się druga, ale po wygraniu Sasuke wszystko stało się jasne, że los postawi tę dwójkę raz jeszcze przed sobą. Walka, która spełniła oczekiwania każdego. Młodzi, gniewni, można by rzec, że nawet szybcy i wściekli. Wiele się działo, wiele również zostało powiedziane, ale te wszystkie wydarzenia zbudowały tę dwójkę! Do końca liczyłem na wygraną Naruto, bo zrobił wszystko, co powinien, by wygrać tę batalię. Już tak przez zazdrość powiem... Wydaje mi się, że gdyby nie ingerencja w Sasuke ze strony Orochimaru, który dołożył tutaj bardzo dużą cegiełkę poprzez przeklętą pieczęć, młody Uchiha nawet by nie mrugnął, a zostałby pokonany przez Naruto. Widzieliśmy już niesmak ze strony Sasuke na dachu, gdzie obydwaj użyli swoich najważniejszych technik i jakie one wyrządziły potem szkody. Można dywagować na temat tego, że Naruto posiadał Demona w sobie, więc jego czysta moc też była ograniczona, no ale takie dyskusje nie powinny być prowadzone z samym sobą. Zapraszam do komentowania. Tak sobie myślę, że niewyobrażalne postępy poczynił ten nasz Naruto przez cały pierwszy sezon, jeżeli weźmiemy pod uwagę jego zachowanie z początkowych odcinków. Oczywiście Sasuke też nie można tego odmówić, ale w punktach kulminacyjnych to jednak Naruto wszystkich ratował i pokazywał, że jest o jeden stopień wyżej niż młody Uchiha, lecz zwycięzców się nie sądzi, tak więc nie mam prawa dyskryminować tego pana w ciemnych włosach. Ta porażka jednak nie załamuje naszego małego urwisa, a wznieca w nim ogień, którym jest chęć nabrania jeszcze większej siły i sprowadzenia swojego najlepszego przyjaciela z powrotem do wioski, jednakże przed nim bardzo daleka droga. Śmierć, rozpacz, ból utraty, a zarazem ciężar obietnicy, to te najgorsze słowa, jakimi można opisać pierwszą serię. Niechciany i nielubiany z początku Naruto poznaje jednak znaczenie słów takich jak przyjaźń, troska, zaufanie, opiekuńczość czy przede wszystkim miłość. Iruka, każdy cię uwielbia za to, co zrobiłeś dla tego małego brzdąca! Wszystkie te momenty, jakie mieliśmy okazję zobaczyć podczas tego sezonu, pozwalają na zrównoważenie i odpowiedni balans tego uniwersum. Reasumując, tak jak wspomniałem wyżej, miałbym jedno małe „ale”, jeżeli chodzi o pierwszą serię. Uważam, że mimo wszystko akcja była zbyt płynna i szybka, przez co nie mieliśmy nawet chwili wytchnienia. Przerwa pojawiła się dopiero po końcu materiału źródłowego, dlatego uważam, że nie do końca poznaliśmy innych bohaterów. Oczywiście fillery nieco nakreśliły nam obraz innych Shinobi, więc jakąś wiedzę posiadamy i własne zdanie można sobie wyrobić, ale pełną swobodę opisania bohatera można zaliczyć zaledwie u paru osób. Kishimoto czy też nawet studio powinni wziąć przykład z serii „One Piece”, gdzie w każdym poszczególnym arcu mamy pełną, czasami wręcz za dużą, dawkę informacji. Suma summarum pierwsza część to tylko i wyłącznie wstęp do drugiej serii, ale taka w końcu była kolej rzeczy.




„Każdy człowiek żyje, wierząc w to, co wie, oraz w to, czego doznaje. Sumę tych doświadczeń zwie rzeczywistością, lecz wiedza i poznanie to pojęcia niejednoznaczne, są niczym więcej jak tylko ułudą, iluzją wykreowanego przez siebie świata!” - Uchiha Itachi


Naruto Shippuuden to nic innego, jak kontynuacja pierwszego sezonu, który został poprzedzony Time Skipem, czyli przeskokiem w czasie. Jeżeli mnie pamięć nie myli, to trwał on 3 lata. Jak się dalej okazało, był kluczowy dla rozwoju naszego głównego bohatera. Kishimoto już na starcie daje nam potężny arc z Gaarą. Nowe umiejętności, nowi bohaterowie, rozwinięcie wątku z Akatsuki, ale to, co najważniejsze, czyli chęć ochrony, przyjaźń i troska o swoich bliskich zostają zachowane, co skutkuje uratowaniem byłego wroga, a obecnie bliskiego przyjaciela, Gaary. Pierwsza duża cegła w kierunku pokoju. Jednakże każdy kij ma dwa końce. Ironią losu jest fakt, że Bijū miały chronić świat, że stworzono je, by największe zło nie powróciło, by wspierały swoich Jinchūriki, a to przez nie rozpoczęła się wojna, poprzedzona chęcią zdobycia wszystkich Bestii przez Akatsuki, co w dalszym etapie miało skutkować zdobyciem przez początkowych antagonistów 10-ogoniastego i wprowadzeniem Projektu Mugen Tsukuyomi (oryginalne nazwy o wiele lepiej pasują). Nie da się jednak ot tak wkroczyć na pole wojny bez przygotowania się. Zaraz po pierwszym arcu Shippuudena i stopniowym pojmowaniu faktów, Naruto musi odbyć jeszcze parę treningów. Między czasie jednak ginie jeden z jego nauczycieli, opiekun drużyny 10, Asuma, bez którego pomocy Naruto na pewno miałby problemy z opanowaniem nowej mocy. Swoje pięć minut miał tutaj również Shikamaru, któremu nie udało się uratować swojego mistrza. Jego spostrzegawczość okazała się zbyt krucha czy raczej rozsądniej byłoby powiedzieć, iż nie był w stanie zdziałać aż tyle w tak krótkim czasie. Po całych tych wydarzeniach wracamy jednak do Naruto. Kiedy tak skrobię po klawiaturze, przypominam sobie, jak i ja chciałem stanąć pod takim wodospadem i przeciąć go na pół. Pewno by mnie wyśmiali przechodnie... ale co oni tam wiedzą. Tworzenie tysięcy klonów, determinacja i piekielnie silna wola, to wszystko pomogło Naruto w opanowaniu techniki, której nawet Czwarty nie potrafił posiąść. Hidan i Kakuzu to pierwsze osoby, które mogły się delektować tą mocą. Prezentacja Rasen-Shurikena rzecz jasna nie zawiodła, ale był to miecz obosieczny, czekający na dalsze udoskonalenie. Na kolejną okazję jednak nie trzeba było długo czekać. W moim odczuciu najlepszy moment w całej serii Naruto miał miejsce właśnie między 112 a 175 odcinkiem. To te kilkadziesiąt odcinków pokazało, jak wiele łez można wylać poprzez przywiązanie się do innej osoby. O ile już wcześniej było mi dane mieć chociażby zaszklone oczy, o tyle przy śmierci Jiraiyi, jednej z moich ulubionych postaci, nie potrafiłem wytrzymać napięcia i płakałem wraz z Naruto, gdy ten został poinformowany o tym smutnym fakcie. Pamiętacie, kto mu wtedy pomógł, i to po raz kolejny? Gdzie byli najlepsi przyjaciele? Jeżeli ktoś chciałby sobie przypomnieć ten fragment, a gorąco polecam, bo odcinek był bardzo fajnie zrobiony, jest to epizod NS 153. Kto mógł się spodziewać, że najbardziej zboczona postać w anime i jedna z najważniejszych osób w życiu naszego młodego Shinobi może zginąć? Do końca myślałem, iż jakoś się wyliże... Próżne moje modły, bo nie udało się. Cieszę się jednak, że Ero-sennin nie został w dalszym etapie wskrzeszony, choć Kabuto mówił, iż jest to niemożliwe, ale na upartego zapewne Kishimoto dałby radę. Sama walka Jiraiyi z Painem należała do czołówki tejże serii. Dynamika i jakość stały od początku na najwyższym poziomie, a to przecież był dopiero przedsmak, bo zaraz na scenę wkraczał Sasuke. Miało się w końcu ziścić największe „marzenie” czy raczej cel drugiego z czołowych bohaterów. Po długim treningu, pokonaniu Orochimaru i zdobyciu doświadczenia, przyszedł czas na pojedynek z własnym bratem i choć przez chwilę mogło się wydawać, że Itachi naprawdę jest słabszy, bo w końcu Sasuke pokazał, iż jest w stanie oprzeć się iluzji, może kontrolować przeciwnika, a siłą dysponuje niewiarygodną, to końcowe słowo należało do mojej ulubionej postaci w całym uniwersum, Itachiego. Wiele razy już wspominałem, że tragizm tego pana jest nie do opisania i mimo obejrzenia blisko 400 serii, nie było mi dane spotkać równie barwnej postaci, co właśnie Itachi. Inteligencja, nieprzewidywalność i wnikliwość, ale przede wszystkim siła Dōjutsu, czyli Mangekyo Sharingan, a wraz z nim duchowy strażnik, Susanoo, czy też Amaterasu, to wszystko stworzyło z Itachiego postać o wielu twarzach, której opisanie zajęłoby bardzo dużo czasu. Prawda o przeszłości i wiele mocnych, ale prawdziwych słów ze strony starszego brata, wszystko to pomogło otworzyć Sasuke oczy już na dobre i mimo że Itachi nie takiej przemiany oczekiwał, to zrobił wszystko, co w jego mocy, by nawrócić swojego ukochanego braciszka. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, co musiał czuć, co musiał przeżywać Itachi przez całe swoje życie. Wymordowanie własnego klanu, własnych rodziców, a wszystko to, by chronić brata, który go nienawidził. A ja głupi myślałem, że wybór sosu do kebaba to ciężka sprawa... Już kolejna akcja miała się kończyć, widzowie chcieli odpocząć, a przyszła kolejna walka, tym razem z Nagato. Nauka Trybu Mędrca, udoskonalenie własnych technik bojowych, jednak i to nie pozwoliło na obronienie wioski. Cała bowiem została zmieciona z powierzchni ziemi. Walka z ciałami Paina to prawdopodobnie najlepsza batalia w całym uniwersum. Gratka dla fanów jatki. Można polemizować, że dynamika była słaba, że strasznie gumiaste zarysowanie, ale dla mnie całość mega efektowna. Ciarki nie schodziły ze mnie ani przez chwilę. Kosmiczna walka na kosmicznym poziomie, więc mówcie, co chcecie, ale to jest mój numer jeden! No i nie zapomnijmy, że to był ten przepiękny moment, kiedy Naruto w końcu mógł „uderzyć” własnego ojca, powiedzieć, co leży mu na sercu, o co ma do niego żal, po prostu mógł się wygadać, a dodatkiem do tego było wyznanie miłości przez Hinatę. Piękne zwieńczenie pięknej walki. Chciałbym ten akapit podać za przykład dla każdej serii Shōnen, bo właśnie tak winno wyglądać wykonanie anime. W tych prawie ze 180 odcinkach nie było ani jednego minusa, a przynajmniej mi się nic nie przypomina, dlatego tutaj oddzielę grubą kreską jedną część Shippuudena od drugiej.




„W świecie ninja, ci którzy nie przestrzegają zasad to śmiecie, ale ci, którzy nie dbają o swoich przyjaciół, są jeszcze gorsi niż śmiecie!” - Uchiha Obito | Hatake Kakashi


Prawdopodobnie gdyby nie fillery, które rozdzielały poszczególne walki, to widzowie nie wytrzymaliby tych emocji, bo przecież zaraz po walce z Nagato znowu przyszła kolej na Sasuke i choć mogło się wydawać, że Kishimoto swoją wyobraźnię zostawił przy walce między przedstawicielami klanu Uzumakich, to walka brata Itachiego z Danzo mogła się podobać. Kolejne techniki wzrokowe, nowa siła Sasuke, a wszystko to zakończone Sakurą... Pomijając jednak tę panią, w tym momencie było już jasne, że próba nawrócenia Sasuke w praktyce jest już niemożliwa, przez co obaj dochodzą do jednego wniosku. Walka między najlepszymi przyjaciółmi jest nieunikniona. Gorzej już chyba być nie mogło. Co się jednak odwlecze, to nie uciecze. Wizyta dwójki z Akatsuki na spotkaniu 5 Kage i walka już Sasuke pod wodzą Tobiego z Raikage oraz w międzyczasie z Mizukage (kobieta ogień). Co za tym poszło, „twórca” Akatsuki wypowiada całemu światu ninja wojnę, bo Naruto niestety nie udało się wcześniej nawrócić młodego Uchihy, a Raikage traci rękę. Zahaczając o Sakure, która jak zwykle stała i nic nie robiła, a kończąc na jakiejś tam Żabie, która widzi w Naruto Wybrańca. Za dużo Matrixa się chyba naoglądała. Dobrze, że żadnych pigułek nie kazała mu wybierać. Ale to w końcu ten moment, kiedy znowu mogłem się cofnąć o te parę lat wstecz i przypomnieć sobie kolejny trening Naruto. Po tej całej akcji w końcu poznajemy Killera Bee, Jinchūriki, który był w stanie zaprzyjaźnić się z Bijū. To również kolejny wyciskacz łez, bo choć Naruto pokonał Kuramę poprzez brak nienawiści w sobie, której był w stanie się wyzbyć dzięki pomocy Killera Bee, to nie dałby rady tego zrobić, gdyby nie jego... mama! Tak, właśnie mama. Te nasze mamy to jednak silne kobiety. Wreszcie poznajemy dokładną przeszłość Naruto, za którą stoi kolejny Uchiha, podobno Madara. Swoją drogą, mój ulubiony antagonista. To w końcu i ten czas, kiedy Naruto postanawia wkroczyć na polę walki i porachować parę kości. Po przekonaniu do siebie Iruki, choć to trudne nie było, używa błysku i „pokonuje” Raikage, od którego zależało, czy będzie mógł walczyć na wojnie, która została wypowiedziana w celu jego ochrony. Dalszy etap wojny to już nic innego, jak pokonywanie umarłych, powstałych przez Edo Tensei, rozmowy z wiodącymi postaciami swoich sag jak na przykład Nagato czy Itachim. Tak jak wspominałem, cieszę się, że w 6 skrzyni Kabuto nie było Jiraiyi. Jednak po tych wszystkich sytuacjach, z odcinka na odcinek wiedziałem, iż moja 15-letnia przygoda zmierza ku końcowi, dlatego te fillery były dla mnie wodą na młyn. Chciałem czy raczej chcę (ponieważ piszę to, kiedy Naruto wciąż jest emitowane), aby ta seria nigdy się nie skończyła, jednak koniec był widoczny. Obito i Madara, prowodyrzy całej wojny, wielka siła, własne przekonania, niechęć do świata poparta fatalnymi przeżyciami z dzieciństwa i choć władali boską potęgą, która przy małym udoskonaleniu mogła zmienić świat w taki, o jakim marzyli, bez zbędnych technik wzrokowych, zrobili coś zgoła odmiennego, bowiem rozłożyli czerwony dywan, po którym może stąpać tylko jedna bogini, Kaguya. Pozaludzka istota o niewyobrażalnej sile. Kto wie, co by się stało, gdyby nie jej potomek, Mędrzec Sześciu Ścieżek, i jego moc podarowana dwójce Shinobi, którzy mieli uratować ten zakrwawiony świat. O bitwach na wojnie można pisać wiele. O osobach, które zginęły, można by napisać książkę, ale jako że był to największy arc i streszczenie go graniczy z cudem, to wspomnę tylko o dwóch walkach, które w mojej opinii zasługują na wzmiankę, czyli batalii między piątką Kage a Madarą, która cechowała się rzecz jasna potęgą w teorii pięciorga najsilniejszych Shinobi największych państw oraz walce między Guyem a Madarą. Co do tej pierwszej walki, za dużo tu nie można powiedzieć, bo potęga Madary została jasno nakreślona i mimo że wszyscy kage wspólnie dążyli do pokonania Uchihy, pokazywali pełnię swoich umiejętności, które dla zwykłego „Kowalskiego” byłyby niczym jazda w seicento obok floty audi na pokładzie z premier, to co można zrobić, kiedy typ używa Susanoo, a następnie je klonuje, żeby żaden z Kage się „nie nudził”. Jak widać potęga tego klanu jest nie do opisania. Druga walka to istne piekło. W życiu bym się nie spodziewał, że Guy może być tak silny. Jasne, wiele razy się mówiło o Hachimon, czyli Ośmiu Wewnętrznych Bramach, ale wreszcie słowa, które powtarzał Guy o tym, iż otworzenie ósmej bramy da ci niewyobrażalną moc kosztem własnego życia, nie były powiedziane na wyrost. Walka znajdująca się w moim TOP3, jeżeli chodzi o całą serię i zdecydowanie jestem w stanie powiedzieć, że Guy jest trzecim najsilniejszym ninją z żyjących obecnie w Naruto. Serdecznie polecam fragment odcinka NS 421 i minutę 14:09 do samego końca. Szczególnie wspomnienia Kakashiego zapadły mi w pamięć. Walka między Madarą a Guyem była walką dwóch równych sobie shinobi i jestem w stanie pokusić się o tezę, że gdyby nie boskie moce Madary, to w tym starciu Guy byłby zwycięzcą. Miałem przyjemność oglądać ten odcinek wraz z moimi kolegami na wakacjach i pamiętam, że debatowaliśmy o tej walce przez całą noc, popijając przy tym... soczek. Tak więc epicka walka na epickim poziomie zakończona niestety porażką Zielonej Bestii, który i tak zrobił więcej niż 99% pozostałych wojowników. Przechodząc dalej, czyli do naszej Kaguyi. Sasuke i Naruto byli w stanie zrozumieć, dlaczego Bogini tytułuje się właśnie tym przydomkiem, ale wraz z pomocą Mędrca Sześciu Ścieżek, po bardzo piekielnej walce, byli w stanie pokonać Kaguyę. Wędrówka po wymiarach, walka 1 na 1, poznanie siły pierwszego Shinobi na świecie. Na pewno każdy byłby w szoku, ale ostatnia obrona świata ninja dała radę i odwróciła losy wojny na swoją korzyść, mimo przerażającej potęgi, jak nie spojrzeć, kosmitki. Warto jeszcze odhaczyć tutaj pomoc ze strony Obito, Kakashiego i Sakury. Tak, musiałem ją tu dać... Mimo że dzięki całej Drużynie 7, wróć, dzięki każdemu Shinobi z osobna świat zostaje ocalony, a całość ma zakończyć się happy endem, wtedy wraca stary, dobry Sasuke i jego paranoja, która chce pokazać swoją wyższość nad Naruto. Tak naprawdę nie ma bardziej idealnego momentu do walki Sasuke i Naruto, jednakże niemiłosiernie boli mnie fakt, że walka, na którą czekałem, i Wy chyba też, przez 15 lat, bo już od początku było wiadomo, iż ta dwójka będzie ze sobą walczyć na samym końcu, potrwa sześć chapterów, czyli 2/3 odcinki? Z początku bardzo się zawiodłem, kiedy to do mnie dotarło. Poniekąd jest to logiczne, ale nie tego się spodziewałem po Kishimoto. Siła, umiejętności, a przede wszystkim lata, jakie łączą obu bohaterów, zasługują na rozmach i najlepszą walkę w całej historii tejże serii, pełną dynamiki i wyobraźni ze strony Studia Pierrot, jak i samego mangaki. Nic bardziej mylnego. Te ostatnie trzy odcinki, to był istny majstersztyk, bo jak opisać tak idealnie zrobioną walkę, która nie opiera się tylko i wyłącznie na super technikach, a również na normalnym mordobiciu. Trzeba też oddać studiu, że końcową animację zaserwowali nam z najwyższej półki, ale czego można się spodziewać po najlepszym z najlepszych, Yamashita-sensei. To był po prostu obłęd, a końcowe retrospekcje w życiu nie były tak ciekawe, jak właśnie w tym momencie, po piekielnej walce dwóch przyjaciół. Tak, to również ten moment, kiedy z sentymentu, kiedy z nostalgii trzeba pociągnąć nosem i mimo że chłopaki nie płaczą, to o parę łez pokusić się musiałem. Przyjaciele w końcu mogą nazwać się przyjaciółmi i choć jeszcze chwilę temu chcieli się pozabijać, to po walce, w której wyrazili wszystkie swoje uczucia i po słowach, które w końcu były czymś zabarwione, w tym wypadku walką, a nie tylko pustką, ten mały urwis zawraca Sasuke ze złej ścieżki... Naruto, udało mu się, nareszcie! Tak czy siak samo zakończenie wydaje się spójne, a Naruto po paru latach od wojny zdobywa to, o czym zawsze marzył, a my z nim - tytuł Hokagę. Żeby tego było mało, jego żoną zostaje Hinata, czyli kobieta, która zrobiłaby dla niego wszystko i jeszcze więcej. Zostają również rodzicami dwójki pięknych dzieci, które wyglądają kropka w kropkę jak mama i tata, choć Himawari z charakteru to typowy agresor niczym Tommy Lee Jones w „Ściganym”. To jednak szczęśliwe zakończenie, które jest pokryte łzami, bo jak żyć z myślą, że za tydzień nie zobaczę chłopca o blond włosach, który pragnie zmienić świat na lepsze i zdobyć upragniony tytuł Hokage? Ten, który mimo licznych przeciwności losu wciąż idzie przed siebie? Ten, którego imienia nie wolno wymawiać... a nie, wróć, to nie to. Żeby już nie przynudzać. Pozostaje mi tylko czekać na kontynuację w postaci młodego pokolenia i żyć z myślą, że jeszcze zobaczę tego małego urwisa na huśtawce, wlepionego swoimi oczyma w akademię, którego myśli szybują gdzieś po niebie. Tego, który chciał pokazać światu, że wciąż tu jest i nigdzie się nie wybiera. Mam nadzieję, że jeszcze najlepsze przede mną.




„O byciu shinobi nie świadczy to, jak żyjesz, ale to, jak umierasz. Nie chodzi o to, co się robiło, ale o to, czego dokonało się przed śmiercią...” - Jiraiya


Nie chciałem tego wszystkiego streszczać, choć wiem, że mi się to nie udało, toteż kończąc już, po prostu zmienię temat i wspomnę co nieco o stronie technicznej. Naruto miało swoje wzloty i upadki, jeśli chodzi o animację czy kreskę i choć czasami zarys postaci był słaby, o ile nie powiedzieć, że fatalny, a kolorystyka wyblakła, wręcz żadna, bo czarno-biała, to w tych najważniejszych momentach mogliśmy poczuć cały klimat, jaki powinien się pojawić w punkcie kulminacyjnym. Myślę, że mało kto będzie narzekać na stronę muzyczną, bo co jak co, ale Naruto może być przykładem dla innych serii. Openingi, Endingi, OST-y, gdzie tu prosić o coś lepszego, kiedy wszystko zapięte na ostatni guzik? Michaela Jacksona nie dostaliśmy, choć Mono Walk w wykonaniu Sasuke mógłby być naprawdę interesujący. Szkoda, że na zakończenie serii nie usłyszeliśmy czy też nie obejrzeliśmy pierwszego openingu i endingu z pierwszego sezonu. Takie zakończenie anime mogłoby być naprawdę fajne, ale kto wie, czy Boruto nie będzie otwarte przez te ścieżki dźwiękowe. Lećmy dalej. Jeżeli gdzieś mam szukać minusów, to szpilkę wbiję przy fillerach. O ile te początkowe fillery (pierwsza seria) były przeciętne, lecz dało się je obejrzeć, o tyle w drugiej serii Pierrot odrobił pracę domową i przynajmniej z początku zaserwował nam pozytywną dawkę wrażeń. Pierwsze 3 sagi fillerowe to według mnie strzał w 10 i doliczając do tego Chikarę, która nie tylko oferuje solidny scenariusz, ale przede wszystkim genialną animację, można mieć wrażenie, że japońskie studio potrafi zrobić coś niebanalnego. Niestety całość fillerowa nie jest już tak kolorowa. Kolejne one-shoty czy mini-sagi to już cienizna, choć były wyjątki - i pisze to największy fan Naruto na świecie... Tak jak Pierrot potrafił zrobić w Bleachu coś ekstra, gdzie widz w ogóle nie odczuwał przerwy między materiałem źródłowym a dodatkowym, o tyle w Naruto takie sytuacje były sporadyczne, co troszkę mnie łamie, bo jednak ta seria jest bardziej popularna i zasługuje na wszystko, co najlepsze. Również spora ilość retrospekcji. Niektóre pojawiały się częściej niż Rysiek Petru na memach czy mównicy. Wiele sytuacji moglibyśmy opowiedzieć z zamkniętymi oczami. Dla mnie to jednak niczego nie zmienia, bo całość była obłędna i nie żałuję ani jednego odcinka, którego obejrzałem. Pomijam już fakt, iż niektóre sagi oglądałem parę razy. Filmów i ovek nie ma co opisywać, bo ovki zazwyczaj były dodatkiem, niekoniecznie związanym z materiałem źródłowym, a filmy zostały zrobione bardzo profesjonalnie, więc słowo perfekcja nie wymaga rozbijania na czynniki pierwsze. Zastanawiała mnie też koncepcja Kishimoto. Nawracanie bohaterów poprzez rozmowę. Nie uważam, iż w każdym wypadku było to dobre posunięcie, ale mam świadomość tego, że bez tych dialogów dalsza część nie miałaby sensu, bo wszystko układało się w logiczną całość, jednakże nie ma co więcej o tym pisać, przejdę już tylko do zakończenia i nie będę nikogo dłużej męczył.




„Egoistyczne pragnienie utrzymania pokoju doprowadza do wojen”. - Uchiha Madara


Można dywagować dniami, a nawet tygodniami o plusach i minusach tej serii, ale powiem Wam coś, do czego doszedłem sam po tych wszystkich latach oglądania tej pięknej serii. Nie sztuką jest stworzyć anime o podłożach perfekcji, które będzie oglądane i akceptowane przez miliony, sztuką jest stworzyć anime, którego wady i zalety będą współgrać, czyniąc z całości perfekcję. Nie sądziłem, że stać mnie na takie słowa. To samo tyczy się mangi. Takie właśnie dla mnie jest Naruto. To właśnie z tą serią utożsamiałem się przez ten długi okres w moim życiu. To dzięki Naruto wciąż mogłem marzyć, mimo że jestem już „staruszkiem”. To dzięki Naruto pojąłem wiele wartości życiowych. To dzięki tej serii mogłem na koniec tygodnia przysiąść, uspokoić się i odetchnąć, chociażby na te 25 minut. To dzięki Naruto i Jetixowi wraz z kolegami tworzyliśmy własne techniki ninja i mieliśmy przy tym niewyobrażalnie dobrą zabawę. I wreszcie, to właśnie dzięki Naruto tak bardzo spodobał mi się świat zza oceanu, Kraj Kwitnącej Wiśni, dzięki któremu zacząłem oglądać inne, równie dobre, ale nie aż tak jak Naruto, serie. Wydaje mi się, że zawarłem w tym opisie wszystko, co chciałem, choć za dzień, dwa, tydzień sobie o czymś przypomnę, to jednak na obecną chwilę jestem zadowolony. Jeśli jednak nie udało mi się to, a ktoś dotrwał do końca, niech doda coś od siebie, bo jak już mówiłem, nie sposób streścić 15 lat życia. Pragnę jeszcze dodać, iż po tych wszystkich latach spełniło się moje Narutowskie marzenie. Dane mi było zobaczyć uśmiechających się do siebie Naruto i Sasuke. Mimo że Kishimoto-sensei tego nie przeczyta, to chciałbym bardzo, ale to bardzo serdecznie podziękować temu człowiekowi. Przez te wszystkie lata poświęcał się dla swoich fanów kosztem swojej rodziny i choć wielu tego nie widzi, dla mnie jest jednym z najlepszych w historii w swojej dziedzinie. Stworzył arcydzieło, które na pewno będą oglądać kolejne pokolenia, bo inaczej się po prostu nie da. Radość, jaka płynie z tej serii, jest niewyobrażalna, więc zawsze będę ją polecać, czy ktoś będzie chciał obejrzeć romans, komedię, akcję, mecha czy inne klopsiki i inne zjawiska pogodowe, zawsze odpowiem - zacznij od Naruto. Teraz jednak nasz mangaka powinien odpocząć, ale kiedy wróci, niech pokaże, że Naruto było tylko początkiem. Otsukare-sama deshita soshite Arigatou gozaimasu!




„Kiedy ludzie nienawidzą kogoś innego i nie uznają jego istnienia... kiedy patrzą na tę osobę,
ich oczy są przerażająco zimne”.
- Sarutobi Hiruzen


Malutki jeszcze akapit skierowany do Rozczochranego i administracji Wbijam. Jest mi niezmiernie miło, że istnieją tacy ludzie jak Wy. Bez Was nie byłbym w stanie cieszyć się tą serią. Dzięki Wam mogłem oglądać w każdy czwartek moje ulubione anime. Jakość, systematyczność i rzetelność to słowa, których używa się coraz rzadziej, ale Wy je przecież znacie bardzo dobrze, więc po prostu bardzo Wam dziękuję za ciężką pracę i za czas, jaki został poświęcony dla tej serii, szczególnie Tobie, Rozczochrany, wielkie Arigato! Róbcie dalej, co robicie, bo robicie to najlepiej!


„Uśmiech jest najlepszym sposobem na uniknięcie kłopotu, nawet jeśli jest fałszywy...” - Sai


PS: Chciałbym Wam na końcu zadać już pytanie poza treścią Naruto, skupiające się na Boruto. Czy uważacie, że ta seria będzie lepsza od Naruto? Myślicie, że Kishimoto ma coś jeszcze w zanadrzu, bo w końcu będzie nadzorować projekt? Czy boicie się o powielane schematy? Da się stworzyć „tasiemca”, bo tego wszyscy chcemy, który będzie oparty na podobnej historii, skoro wszystko już zostało poruszone w pierwowzorze? No i najważniejsze, czy manga Boruto przejdzie z miesięcznika na tygodnik? Co studio zrobi, jeszcze nie wiemy. Nawet nie wiadomo, ile odcinków ma mieć ta seria, a sugerując się materiałem, jaki posiadają, można przypuszczać, że zaledwie 25 odcinków bądź nawet 12-13. To wszystko się zapewne zmieni w zależności od tego, jak odbiorcy przyjmą nowy temat. Jeżeli wszystko pójdzie po naszej myśli, to możliwe, że manga przejdzie z miesięcznika na tygodnik i w międzyczasie pokażą zaległe odcinki specjalne etc., dopóki nie będzie bezpiecznej przewagi materiału źródłowego nad serią TV, tak jak to było z Naruto. Ja osobiście jestem sceptycznie do tego nastawiony, jednakże jestem bardzo ciekaw pierwszego odcinka. Film kinowy był bardzo dobry i naprawdę mnie zaskoczył. Zobaczyłem coś nowego w wyczerpanym już temacie, tak więc jestem w stanie zaufać Kishimoto-sensei czy raczej jego asystentom, którzy na pewno sobie poradzą pod czujnym okiem naszego mangaki, a dodatkiem do tego przecież będzie strona techniczna, na której czele ma stać jeden z najlepszych animatorów, Yamashita! Stop, basta, tutaj pozwolę sobie zakończyć całą moją historię związaną z Naruto. Jeśli nie udało mi się o czymś wspomnieć, dorzućcie coś od siebie. Bardzo dziękuję wszystkim osobom, które dotrwały aż do tego momentu, Dattebayo. ;)


„Przestań narzekać na swój los i jego niezmienność, masz przecież wystarczająco siły, by go zmienić,
w końcu jesteś inny niż ja, nie jesteś słabeuszem!”
- Uzumaki Naruto




Dodano: 27.03.2017



comments powered by Disqus

↑do góry
↑do góry
Szybki dostęp: kolejność oglądania, pierwsza seria, druga seria, trzecia seria, filmy kinowe, odcinki specjalne, rock lee, openingi, endingi.
Podobne anime: Bleach, Black Clover, Fairy Tail, Gintama, HunterxHunter, One Piece, Shingeki no Kyojin.
Strona wykorzystuje pliki cookies potocznie zwane ciasteczkami. Korzystając ze strony, zgadzasz się na ich udostępnianie. Można również zablokować ciasteczka w ustawieniach przeglądarki.
Na stronie nie są przechowywane żadne pliki wideo, strona archiwizuje jedynie ogólnodostępne linki do serwisów wideo, których użytkownicy potwierdzili legalność zamieszczonych materiałów.